Pokazywanie postów oznaczonych etykietą błyszczyk. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą błyszczyk. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 19 marca 2013

Wszyscy mają boxa. Mam i ja.


Ja wiem, że Glossybox to sprawa dawno nieaktualna, było już mnóstwo postów i w ogóle, ale to mój pierwszy box i muszę się pochwalić! A poza tym, po odbiór paczki z Ziają nie zdążyłam, więc nie mogę jej zhaulować, więc bear with me.
Jest karton, jest kocia okejka

Dostał mi się zestaw z mandarynkowym masłem do ciała TBS i różowym błyszczykiem Jelly Pong Pong. Masełka TBS znam, od jakiegoś czasu chodziły za mną Chubby Sticks Clinique więc nie jest źle. Poza tym, jest mini płyn micelarny i krem z witaminą U, oba przetestuję w czasie weekendowego wyjazdu. Najmniej w sumie interesuje mnie preparat do włosów, ale może go użyję.

A to wszystko co było w paczce. 

Co sądzicie o tym Glossyboxie? Jesteście zadowolone? Co sądzicie o zamianie pudełka na kosmetyczkę? Przyznam, że wydaje się całkiem porządna i pojemna. 

sobota, 22 września 2012

Calvin Klein mnie rozczarował


Dawno temu, podczas składania mojego pierwszego, i jak na razie, jedynego zamówienia w sklepie Paatal, olśniło mnie- Calvin Klein robi kosmetyki. Musiałam spróbować i tak oto stałam się szczęśliwą posiadaczką błyszczyka do ust w jakże zgrabnym słoiczku.
Używałam go intensywnie przez ostatni tydzień i wiem już o nim mnóstwo. Producent obiecuje „mocny, długotrwały, świetlisty połysk. Specjalna formuła zapewnia maksymalną trwałość”.
A zatem najpierw o plusach, a potem o rozczarowaniach.


Błyszczyk ma przyjemny różowy kolor, a zatopione w nim drobinki są naprawdę małe. Daje to w sumie subtelny efekt „moje usta, ale lepsze”, dodaje nieco koloru i połysku, nie jest to jednak tafla wody, ale bardziej dyskretny satynowy połysk. Trzyma się całkiem przyzwoicie, oczywiście kubek herbaty to dla niego zabójstwo, ale dla którego błyszczyka nie? 
Aplikacja bezproblemowa, ale wiem że nie wszyscy lubią grzebać palcem w słoiczku. Błyszczyk nie klei się, nie migruje, siedzi na swoim miejscu i odwala robotę. Nie nawilża, a nawet troszkę wysusza, ale to błyszczyk, więc nie spodziewałam się niczego innego. 
No to teraz o rozczarowaniach. Opakowanie jest plastikowe. Ładne, porządnie wykonane, ale spodziewałam się czegoś bardziej luksusowego. Skoro Rimmel, nie mający żadnych związków z haute couture może, to czemu nie CK?
Po drugie, spójrzcie na miejsce produkcji. Calvin Klein made in China. Seriously? Nie każda marka musi produkować kosmetyki we Francji, ba nawet w Europie. Zrozumiałabym, gdyby wspierali lokalną gospodarkę Ameryki. Ale Chiny! To jak transparent „chcieliśmy zrobić wszystko najmniejszym kosztem”.


Nie są to wady per se, nie wpływają na działanie błyszczyku, niektórzy nie zwróciliby nawet uwagi na kraj produkcji. Ale mi entuzjazm przeszedł. 

piątek, 31 sierpnia 2012

Paese Showtime

Czyli co było w mojej paczce.
od góry: lakier, róż, cień do powiek, konturówka, błyszczyk, tusz do rzęs
Czarny lakier pękający nr 305 - no cóż, lakier.
Diamentowy cień do powiek nr 11- pachnie cynamonem! Poza tym ma satynowy połysk, a nie widzę brokatu. Dobrze jest.
Konturówka nr 6- kolor ciemny, ale ciekawy. kredka wygląda na miękką.
Rozświetlający róż do policzków nr 24 - w świetle lamp wygląda na bardzo ciemny i zawiera brokat. Może dzienne światło okaże się dla niego łaskawsze?
Błyszczyk Colore Mio nr 504 - cukierkowy róż o zapachu jogurtu waniliowego, w opakowaniu, które daje szanse na zużycie całej tubki.
Tusz do rzęs Supralash nr 01 - ciężko coś o nim powiedzieć na pierwszy rzut oka. Wygląda jak tusz, pachnie jak tusz, smakuje jak... nie, nie wiem jak smakuje.
Ogólnie, jestem zadowolona. Zawartość paczki spełnia moje oczekiwania, kosmetyki są nowe, pełnowymiarowe i z tego roku.
Nie mam żadnych zastrzeżeń co do kuriera, oszczędził mi stałej dyskusji "ja wożę tylko do 16. A ja pracuję do 17. To Pani odbierze z punktu. Ale punkt tylko do 18."
Brałyście udział w akcji Paese? Dostałyście już swoje paczki? Co sądzicie o zawartości?

sobota, 21 stycznia 2012

Piękny Koszmar albo Obiad z Cullenami.


W ostatniej notce zachwycałam się błyszczykami Essence z limitki Ballerina Backstage, teraz dla odmiany opiszę błyszczyk, który do gustu nie przypadł mi wcale. Był on częścią edycji limitowanej Eclipse, która pojawiła się w 2010roku(i moim zdaniem, nie była zbyt udana. Konia z rzędem temu kto pokaże mi fajne makijaże wykonane cieniami z tej limitki).
Kiedy go kupowałam byłam zachwycona, mimo że fanką Zmierzchu nie jestem, za duża ze mnie wielbicielka wampirów. Podobało mi się opakowanie, kolor błyszczyka, uznałam że warto spróbować. Ta malinowa czerwień kusila, błyszcząc subtelnie.
W domu okazało się, że ja i on nie umiemy się dogadać. Błyszczyk zbierał się w kącikach i wszystkich załamaniach, rozlewał poza kontur ust. Najpierw uznałam, że wina leży po mojej stronie i próbowałam, próbowałam, bo kolor naprawdę mi się podobał.
Nakładałam dołączonym aplikatorem, palcem, nawet pędzelkiem do ust, uważałam na ilość nakładanego produktu, nic z tego. Nadal wyglądałam jak pięciolatka, która dorwała się do kosmetyczki mamy.
Najlepsze efekty uzyskuję, gdy nałożę go starannie wytartym z nadmiaru aplikatorem, odczekam chwilę, po czym wytrę rozlewiska  i przetrę usta palcem. Jakieś pięć minut roboty.
Po pewnym czasie dałam sobie spokój. Błyszczyk to dla mnie produkt, który powinien nakładać się szybko i łatwo, męczyć mogę się ze szminką albo farbką. Gdyby dawał spektakularny efekt, albo bardzo długo trzymał na ustach, może bym się przełamała, ale Lunch z Cullenami ma typowo błyszczykową trwałość.
Podsumowując, gra nie warta świeczki.


piątek, 20 stycznia 2012

Koronki, drobinki i wspomnienie lata



Moje dwa ulubione błyszczyki, oba z serii limitowanej ( wcale nie jestem snobką). Seria nie zebrała bardzo pochlebnych opinii na blogach, ale mi bardzo się podobała. W końcu kupiłam z niej dwa blyszczyki, pierwsze od lat.
Trzeci, różowy, jakoś nie wzbudził mojego zainteresowania, ze względu na blady odcień.

zdjęcie eksperymentalne aplikatorów
Oba błyszczyki mają aplikator w formie małego pędzelka, bardziej precyzyjny i wygodniejszy w użyciu od tradycyjnych Essense'owych pacynek. Trochę sklejają usta, ale nie bardziej niż niektóre pomadki ochronne, podobnie jak one są w stanie znieść picie czy jedzenie, nie wysuszają. Schodzą równomiernie, nie grozi nam błyszczykowa obwódka. Za to zostają na szklankach i kleją się do włosów.
Szczerze mówiąc, byłam zaskoczona ich jakością.


On your gracil tiptoe to koralowy błyszczyk ze srebrnymi drobinkami. W tubce brokat jest bardzo widoczny, ale na ustach znika, zostaje tylko połysk i odrobina koloru.
Używałam go przez całe lato, jako uzupełnienie codziennego makijażu, teraz czeka na lepsze czasy. Kolor, jak dla mnie, jest typowo letni, w zimie wolę czerwienie.
Do a floating piruette, w tubce wygląda nieco strasznie, ciemny jagodowy kolor i srebrne oraz różowe drobinki. Na ustach jednak łagodnieje, przyciemnia je, ale tylko trochę. Jest świetny jako wspomagacz farbki, usta tak nie wysychają, nawet podczas długiego i wyczerpująceego wieczoru panieńskiego.
W tej chwili to moje ulubione błyszczyki, trochę żałuję, że nie ma tych odcieni w stałej ofercie. Z drugiej strony, można ich używać dwa lata od otwarcia, jest duża szansa, że w tym czasie znajdę kolejnych ulubieńców.  

wtorek, 6 września 2011

Ulubieńcy sierpnia

zdecydowanie przesadziłam z ilością rozmycia na tym zdjęciu



Kolejny post bez którego żaden blog nie jest kompletny- ulubieńcy danego miesiąca. Troszkę spóźnieni, to prawda, ale lepiej późno niż wcale. Żeby nie przedłużać:
Kosmetyki Essence:
- błyszczyk On Your Gracile Tiptoe z limitki Ballerina Backstage.. Pierwszy błyszczyk od lat, którego mam ochotę używać. Na zdjęciu wyszedł strasznie pomarańczowo, w opakowaniu to koral ze srebrnymi drobinkami, na ustach właściwie znika- zostawia tylko błysk i troszkę koloru. Dokładnie tak jak lubię.
- lipstain Your Pink Is On Fire z limitki You Rock. Opakowanie naprawdę nieźle oddaje kolor, to ciemna malina. Na ustach intensywny, ale nie sztuczny. Testowana w warunkach ekstremalnych- wesele, ponad 30 stopni- trzymała się przyzwoicie, nie brudziła naczyń, całkiem ładnie schodziła. Według mnie, jest lepsza od lip Stain Astora.
- Puder matujący- odcień transluscent- jedyny produkt ze stałej kolekcji, jaki posiadam. Służył mi długo, po czym poległ w dniu wesela. Co ciekawe, opakowanie zniosło upadek z pralki bez uszczerbku, natomiast puder rozpadł się w drobny mak. Dobrze matował, nie zmieniał koloru skóry, ani na skórze. Trwałość przyzwoita- ok.4 godzin.
- Potrójne cienie do powiek Manhattan- używałam ich niemal każdego dnia, świetne do wykonania codziennego makijażu. Nawet po całym dniu nie zbierały się w załamaniach, jedynie blakły.
- Żel pod prysznic z Biedronki- z osławionej już kolekcji kosmetycznej Be Beauty. Zwykły, dość gęsty żel pod prysznic.  Bardzo dobrze się pieni, ma przyjemny kolor i miły, choć słaby zapach morza. Nie wysusza skóry. Nie nawilża, ale od tego mam balsamy i masła.
- Masło do ciała TBS- z mniej znanej serii Calm Sleep.  Pachnie dziwnie, trochę lawendą, trochę rumiankiem, a trochę ziołami, zapach strasznie długo utrzymuje się na skórze, przesiąka nim też pościel i ubrania. Ma lżejszą konsystencję niż owocowe masła, ale nawilża równie dobrze, podobnie wolno się wchłania.