czwartek, 9 lutego 2012

Jak łatwo zdobyć próbki, czyli Zielony Balonik na tropie


Miejsce: Wola Park, czyli galeria handlowa ani nie bardzo duża, ani bardzo modna. Oprócz Rossmanna i SuperPharmu zawiera też Douglasa i Sephorę.
Czas: poniedziałkowe popołudnie, kiedy ludzi tu niewiele, a konsultantki rzucają się na człowieka jak wygłodniałe harpie.
Agent: to w sumie ja. Zmęczona po pracy, okutana w mnóstwo warstw, a zatem spod kurteczki wystawał mi firmowy polar. Nijak nie wyglądałam na osobę zdolną zostawić w perfumerii kilkaset złotych, typowy zmęczony korp.
O co chodzi: o zdobycie próbki podkładu ze średniej półki bez dokonywania zakupów.

efekty dwudniowych testów. Może nie powalają ilością, ale ile emocji mi dostarczyły

Pierwsza wizyta w Douglasie. Najpierw sprawdziłam to co mnie najbardziej ciekawiło, czyli szafę Essence, po czym podeszłam do stoiska Bourjois. Miałam nawet z nim chwilę sam na sam zanim pojawiła się konsultantka. Od razu zapytałam o próbkę. Pani upewniła się, że interesuje mnie Bourjois, okiem specjalistki oceniła moją karnację i pognała przygotować próbkę. Tak oto zostałam właścicielką próbki „Bourjois Flower 51”. Przy okazji opowiedziała o bezpłatnym makijażu, na który można się umówić, ale nie naciskała.
Udałam się zatem do Sephory. Tutaj miałam naprawdę długą chwilę z testerami, obie konsultantki były zajęte innymi klientkami, a więcej ich nie wytropiłam. Uznałam, że nie chcę Diora/Smashboxa/Benefita, ale nowy podkład Sephory. Poprosiłam o próbki dwóch najjaśniejszych odcieni Light Veil. Konsultantka najpierw przetestowała dwa odcienie podkładu na mej dłoni, po czym dostałam bardzo hojną próbkę, z opisem odcienia, ale bez informacji jaki to podkład. Może gdybym poprosiła o kilka? W czasie gdy przygotowywała słoiczek ja miałam okazję przetestować wodę micelarną Sephory zmywając z dłoni próbki.

moje zdobycze

Miejsce: Następnego dnia udałam się do Galerii Mokotów, to centrum handlowe jest podobnie nieduże, ale o wiele bardziej snobistyczne (swoje salony mają tu m.in. Versace, Joop czy MAC).
Czas: Wtorkowy wieczór, jednak w GM o każdej pory są tłumy.
Osoba agenta i cel pozostają bez zmian ;)
W Douglasie na wejściu powitał mnie chórek czterech pań. Zawsze mnie to nieco deprymuje. Konsultantka nie robiła żadnych problemów, od razu pognała przygotować próbkę. Po wręczeniu mi jej oddaliła się pospiesznie, nie mogłam więc wypytać, pomarudzić czy poprosić o inną próbkę. Zignorowała też inna klientkę, która z zagubioną miną oglądała podkłady.
Na szczęście, kolejna konsultantka, chociaż dedykowana do Inglota, wyczerpująco i z chęcią odpowiedziała na wszystkie moje pytania, doradziła, jednak odmówiła przygotowania próbki, informując mnie że jako pracownik innej firmy nie ma prawa.
O dziwo, trzecia pani, tym razem konsultantka YSL, nie miała z tym problemu.
W Sephorze panował większy ruch, ale ledwo zatrzymałam się przy stanowisku Benefit Cosmetics pojawiła się konsultantka. Pani była z tych szybkich, niezbyt przyjemnych, acz grzecznych. Poprosiłam o próbkę You Rebel!, pani zdecydowała, że lepszy będzie ten jaśniejszy. Na plus należy jej zapisać, że była hojna jeśli chodzi o ilość produktu w słoiczku.
Ponieważ szło mi tak świetnie, postanowiłam zaatakować Super Pharm. Tam kłębiły się tłumy klientów i kilka zmęczonych pań z obsługi. Na moje pytanie o próbki, a zapytałam o Rimmela, najtańszą markę jaką posiadają, usłyszałam, że niestety, nie mają, ale jeśli przyniosę własne opakowania, pani z chęcią je dla mnie przygotuje z testerów.

Zdobycze:

(pierwszy rząd od lewej)próbki Bourjois Healthy Mix, 10 hours sleep effect 
(drugi rząd od prawej) Flower Perfection; Sephora Light Veil; Benefit You rebel! Lite

Nie twierdzę, że problemu nie ma. Kilka tygodni temu pani z L’Occitane na pytanie o próbkę kremu, usłyszałam, że przecież są testery. Nie zapytałam, i żałuję, jak mam przetestować krem do twarzy z testera w sklepie.
Jednak w żadnej z wymienionych przeze mnie perfumerii nie odmówiono, nie próbowano mnie zmusić do zakupu, nie rzucano krzywych spojrzeń. Większość próbek jest dobrze opisana (na Light Veil brak informacji co to za podkład, a napisu na 10hours sleep effect nie jestem w stanie rozszyfrować).

kto wie, co napisano na słoiczku po prawej stronie?


sobota, 4 lutego 2012

Co się skończyło w styczniu

Dziś będę miła. 
Pokażę Wam co zużyłam w styczniu, ale ani słowem nie wspomnę o obietnicach producentów i  czy są one na wodzie pisane, czy może jest w nich ziarno prawdy. 


Isana żel pod prysznic Witaminy&Jogurt - pachnie jak sok Kubuś, który uwielbiam, więc używało mi się go bardzo przyjemnie. Dość wodnisty i niezbyt wydajny, ale za tę cenę moge to przeżyć.
Timotei szampon Świeżość&Czystość - takie zwyklaczek do codziennego mycie włosów. Lubię tę firmę, często do niej wracam, ale następnym razem wybiorę inny wariant.
Soraya, żel do twarzy - opisany całkiem niedawno TU
Orginal Source płyn do kąpieli Lawenda&Drzewo Herbaciane - jest świetny. Dobrze się pieni, piana długo się utrzymuje. Spotkałam się z opinią, że pachnie jak kulki na mole, mi akurat lawenda z ziołowymi nutami pasuje, ale czujcie się ostrzeżone! Jedyna wada, wygląda jak denaturat w butelce od śmietany (czy ktoś je jeszcze pamięta?).
Garnier Mineral Care antyperspirant 48h Extra Care- działa. Może nie 48h, tyle nie wytrzymałam, ale cały dzień, czyli jakieś 12h na pewno. Plus za neutrakny zapach i niebrudzenie ubrań.
Bielenda Czarna Oliwka masło do ciała - fajne, ale wolę te z Ziai. Nie mam mu nic do zarzucenia, ale raczej nie kupię ponownie, nie zachwyciło mnie. Zdecydowanie nie podobają mi się nowe opakowania kosmetyków Bielendy,

Jak widać w styczniu zużyłam wyłącznie rzeczy bardzo przeciętne, codziennego użytku. Nie ma zachwytów, ale nie ma też płaczu i zgrzytania zębów. Wymienione produkty zapewne jeszcze nie raz zagoszczą w mojej łazience, ale nieprędko. Mają przecież tyle zamienników!

środa, 1 lutego 2012

Ulubieńcy Stycznia

Gdyby ktoś nie zauważył, jest zimno.
Bardzo zimno.
Ci ulubieńcy będą zatem dość specyficzni, są to głównie kosmetyki chroniące moją skórę przed mrozem, wiatrem i klimatyzacją. Poza tym, mój aparat odmawia ostatnio współpracy, skazana byłam na robienie zdjęć komórką. Poszlałam też z efektami, ale aplikację na Androida Retro Camera można śmiało zaliczyć do moich ulubieńców. Mam nadzieję, że mi wybaczycie:). 
A zatem:

 Po pierwsze, krem do rąk. W tym miesiącu najchętniej YR krem z arniką, a w domu TBS imbirowy. Oba są bardzo dobre, ale TBS wygrywa zapachem.


Po drugie, szminka ochronna Melisa. Chociaż jej używanie jest coraz bardziej irytujące (zaczęła kruszyć się u góry), gruba jej warstwa rano ratuje mi usta.Dopóki na zewnatrz jest -15 jest jednak bezpieczna. 


Po trzecie, masło do ciała. Odstawiłam balsam YR z manadarynką, który choć przyjemny, jest za mało skoncentrowany, wróciłam do masła Ziai w mojej ulubionej wersji zapachowej. Różnica była widoczna już po drugim zastosowaniu. 


Po czwarte, moje nowe perfumy. Kiedyś zapachy DKNY nie podobały mi się wcale, ale te są bardzo "moje". 


I wreszcie, po piąte, wcale niekosmetyczne. Bo dobra herbata i kubek z kotem to niezbędnik na zimową porę.